O autorze
Karolina Bartczak -
Założycielka www.SecondChoice.pl, miłośniczka mody, historii, uwielbia czytanie i nicnierobienie.

Od prawie roku blogerka thechoices.pl

Moim mottem życiowym są słowa Albert Einstein

„ I have no special talent.I am only passionately curious”

W życiu kobiety przychodzi taki moment, że musi coś zmienić

Zamarznięte jezioro
Zamarznięte jezioro
Zmiana męża może być czasochłonna, trudna i nieprzyjemna (może też być szalenie kosztowna), poza tym nie wiadomo czy wymienimy go na lepszy model, gwarancji nie ma.

W moim przypadku nawet kolor włosów nie wchodzi w rachubę, w każdym innym niż obecnym wyglądam koszmarnie, lata prób i eksperymentów dały mi tę pewność.



Natchniona moim ulubionym blogiem http://zenhabits.net/, postanowiłam zmienić swoje życie, trochę to górnolotne, ale przynajmniej chciałam spróbować.

Wszystko zaczęło się w okolicach lutego, wcześniej były Święta, potem Sylwester a kulminacją dogadzania sobie - Tłusty Czwartek, który w zasadzie nie był nawet tłusty, za to przepełniony czerwonym winem, wtedy powiedziałam sobie dość.

Koniec z alkoholem w nadmiarze, kolacjami późnym wieczorem. Piątkowy kac miał o tyle pozytywny skutek, że zamiast składać sobie kolejne obietnice bez pokrycia, zarezerwowałam pobyt na „detox”, oczyszczanie, odchudzanie czy jak to zwał. .

To był mój pierwszy krok w kierunku zwanym „zdrowy tryb życia”

Postanowiłam napisać a raczej opisać moje zmagania z doprowadzeniem mojego życia do porządku, bo pisanie o tym daje motywację i jeżeli mi się uda (a jestem wyjątkowo leniwa z natury, oraz mało systematyczna) to znaczy, że każdy może.

Zaznaczam, że uwielbiam gotować, jeść, smakować, próbować i zdecydowanie nie należę do osób, które obsesyjnie kontrolują swoją wagę. Staram się odżywiać zdrowo, ale pizzą nie pogardzę i kocham pieczywo. Dodatkowo też nie jestem maniaczką sportów a najbardziej lubię leżeć i czytać.

Tytułem wstępu: wychowałam się w rodzinie z tradycyjnym polskim podejściem do jedzenia. Musiały być, co najmniej trzy posiłki dziennie, na obiad zawsze zupa i drugie danie. Kult mięsa, śmietany i mąki. Jak warzywa to lekko rozgotowane, często z zasmażką (młode pokolenie pewnie nawet nie wie, co to zasmażka), szpinak podawany w postaci kompletnie bezsmakowej mdłej papki, sałata ze śmietaną na słodko i oczywiście mizeria – ratowały to wszystko surówki. Do wszystkiego podawano ziemniaki. Tak było w większości domów w Polsce w latach 80tych, do tego dodajmy jeszcze stan wojenny i puste półki w sklepach. Coca Coli nie było, za to Ptyś i Kaskada (okropnie słodkie) oraz tak zwana cytrynada w woreczku od prywaciarza. Nie mogę nawet ponarzekać, bo jako dziecko niejadek nie bardzo mnie to wszystko interesowało. Nastały lata 90, powoli w sklepach zaczęły pojawiać się chipsy, napoje gazowane, snickersy, marsy oraz fast foody. Z niejadka i chudziny przekształciłam się w wysoką nastolatkę z wyraźnym upodobaniem do chipsów, słodyczy i milkshaków. Na efekty nie było trzeba długo czekać zrobiłam się duża, nie żeby gruba, ale jak to się ładnie określa „dorodna”. W mojej rodzinie wszyscy są bardzo wysocy, jedna połowa jest szczupła a druga połowa jest właśnie „dorodna” (ja z moim 174 cm jestem jedna z niższych). Moja mama, jej mama, kuzynka były właśnie przez większość swojego życia duże. Więc cała rodzina wmawiała mi, że tak ma być, taką mam budowę i nic tego zmienić nie może, bo przecież wszystkie tak mamy. Nie wiązano faktu naszej dorodności ze stylem jedzenia, ze wszech obecną mąką, śmietaną i ziemniakami. Oczywiście wygodniej było zaakceptować fakt, że tak mamy niż coś zmienić. Potem oczywiście przeszłam przez wszystkie diety cud, raz nawet doszłam do wagi 55 kg, ale ani nie wyglądałam dobrze ani nie czułam się ok. Potem było wręcz przeciwnie, na przykład po długim pobycie we Włoszech i jedzeniu pizzy o 4 nad ranem dołożyła sobie 10 kg. To oczywiście były momenty ekstremalne, ale przez większość mojego dorosłego życia pozostawałam dorodna. Żadne diety nie zapewniały mi długotrwałych efektów, ale gdzieś intuicyjnie wiedziałam, że to nie kwestia mojej budowy.

I okazało się, że to nie prawda, że tak mam, że tak jestem zbudowana – tak naprawdę mogłam być zdecydowanie szczuplejsza bez specjalnego wysiłku i głodzenia. Jak się dobrze zastanowić i obserwować swój organizm to bez skomplikowanych i bardzo drogich badań na nietolerancję pokarmową można zauważyć, co nam nie służy,

Gdybym wiedziała wcześniej jak mam się odżywiać zaoszczędziłoby mi to masę kompleksów i lat walki z syndromem dorodności. Jedzenie może być smaczne bez maki, bez nadmiaru tłuszczy i śmietany.

Nie powinniśmy sobie dać wmówić, że taką mamy figurę, oczywiście jest jakaś część osób, której uwarunkowania genetyczne nie pozwalają na bycie w miarę szczupłym. Jest też grupa osób, która może jeść czekoladę od rana do wieczora i będzie chuda. Ale to przecież nie o figurę tylko chodzi, inaczej czujesz się, kiedy dobrze odżywiasz swój organizm. Inaczej wygląda twoja cera i włosy. Naprawdę nie trzeba stosować zwariowanych diet, wystarczy systematycznie wdrażać zasady zdrowego żywienia. Jeżeli codziennie je się duże ilości słodyczy nie ma szansy żeby schudnąć, cuda się nie zdarzają. Jasno trzeba sobie pewne rzeczy powiedzieć i nie oszukiwać się – chcesz być szczupłą to nie możesz pewnych rzeczy jeść (regularnie). Jak bym mogła to zaczynałabym dzień od białego pieczywa z masłem, potem pizza, i jakieś słodycze, dużo serów. Ale nie mogę robić tego codziennie, chyba, że chcę wrócić do bycia dorodną – a zdecydowanie mi lepiej w wersji light. Zaznaczam, że nie jestem admiratorką kultu wychudzonych modelek, za jedną z najpiękniejszych kobiet na świecie uważam Monicę Bellucci. Nie można tylko dać sobie wmówić, że grube jest piękne i naturalne. Nie jest i nie będzie – nawet na obrazach Rubensa.

Proces zmian rozpoczęłam od wyżej wymienionego „detoxu”

Ośrodek, który wybrałam jest położony pomiędzy „niczym a niczym” nad jeziorem na Kaszubach. Wokół nie ma żadnych sklepów, co jest ważne, kiedy dopadnie kogoś słabość i zapragnie kupić sobie np. drożdżówkę.

Wybrałam dietę owocowo-warzywną 460 kalorii. Brzmi strasznie, bo jeżeli pączek ma 200 kalorii (gdzieś słyszałam, że tyle ma) to to tylko 2, 5 pączka. Okazało się, że to wcale nie jest mało, co prawda miałam wrażenie, że głównie jadłam rożne odmiany kapusty, oraz buraczka i marchewki, ale głodna nie byłam (pamiętajmy, że to był Luty a wtedy nie ma za dużo warzyw ani owoców). Wszystko podawane jest tam bez grama oliwy, bez soli i przypraw a w smaku właściwie – bez smaku. Zdarzają się wyjątki na przykład pieczone jabłko – pyszne, nie był zły też tak zwany bigos (kapusta i pomidory) oraz mus owocowy. Co było najtrudniejsze? Chyba w zasadzie ciągłe poczucie zimna, ale pogoda była mocno mroźna, więc nie ma się, co dziwić. W nocy czasem śnił mi się pieczony kurczak według przepisu Jamiego Oliviera. Ale da radę przeżyć. Co dziwne wino mi się nie śniło, więc alkoholiczką chyba nie jestem?

460 kalorii dostarcza organizmowi to, co konieczne, ale dzięki temu, że to niej jest wystarczająca liczba kalorii, zaczyna się proces spalania wszystkiego, co niepotrzebne, oczyszczając w ten sposób organizm.

W ramach wysiłku fizycznego wybrałam nordic walking 2x dziennie. To wspaniałe uczucie być sama w lesie, nikt do mnie nic nie mówi, telefon nie dzwoni, nawet nie spodziewałam się, że kontakt z naturą i bezgraniczna cisza powodują, że po 15 minutach intensywnego marszu przestaję się martwić, rozważać, mija gonitwa myśli.

Mogłam wybrać rożnego rodzaju gimnastyki, ale zdecydowanie wolałam las.

Największą atrakcją Czapielskiego Młyna (bo tak to miejsce się nazywa) jest wieczorny seans w saunie i przerębel. Nie nazwę tego kąpielą, bo w praktyce wygląda to tak, że po wyjściu z sauny jest strasznie gorąco i nie czuje się zimna, schodzi się po drabince do przerębla (woda sięga tak do pasa) i na moment się zanurza, potem wyskakuje błyskawicznie. Sauna przyspiesza wydalanie toksyn z organizmu a przerębel, sama nie wiem co ale podobno jest konieczny, chyba wzmacnia odporność i na pewno polepsza ukrwienie a co za tym idzie kondycję skóry. Nienawidzę zimnej wody i zimna w ogóle, ale w ramach planowanych zmian przełamałam się.

Ja, która zawsze miałam problemy ze snem zasypiałam jak dziecko najpóźniej o 10, rano nie miałam problemów ze wstawaniem budziłam się o 7 rano przytomna, a to całkiem miła odmiana.

Dieta powinna trwać między 10 a 14 dni ja byłam tam 7 dni resztę detoxu zrobiłam w domu.

Łatwo nie było, w lesie nie ma pokus, sklepów i restauracji a w Warszawie to już zupełnie, co innego.

Po oczyszczaniu i tygodniowej diecie 460 kalorii schudłam w sumie niewiele, bo 2 kg, opinie były różne jedna miła koleżanka powiedział nawet, że tak jakoś wyszlachetniałam, ale z kolei inna powiedział, że wyglądam mizernie.

Ja sama czułam się świetnie, pełna energii do dalszych zmian.

To był pierwszy ale najważniejszy krok w kierunku zmiany, dalsze opiszę już w kolejnym wpisie bo wyszło z tego niezłe wypracowanie.
Trwa ładowanie komentarzy...